Austria 19-25.09 - Miasto docelowe

Austria 19-25.09 - Miasto docelowe

Witajcie w Graz – mieście, gdzie poruszanie się autem średnio się opłaca z uwagi na to, że w całym, lub prawie całym jego obrębie jest ograniczenie do 30 km/h. Idąc w środku nocy jego ulicami nie sposób nie zauważyć wszechobecnego i bardziej opłacalnego środka transportu – rowerów, które są przypinane do standardowych rowerowych stojaków, do samego siebie metodą koło z ramą, lub nie są przypinane wcale. W pierwszym momencie można by nawet pomyśleć, że nie ma tu złodziei, jednak to wrażenie zniknęło, gdy jednego z kolejnych dni ujrzałem rower bez koła i kolejny bez siodełka.


Szedłem, aż w końcu zauważyłem całkiem ładny budynek. Jego "ładność" nie polegała w jego konstrukcji, o nie, polegała na tym, że prawie cała kamienica jest obrośnięta bluszczem, co jest bardzo bliskie memu sercu, z uwagi na to, że jedna moja ciocia mieszkała w podobnie obrośniętym bloku… póki bluszczu nie ścięto z powodu myszy :( Nie pozostało mi nic innego, niż wejść do środka, zdjąć plecak, który w sumie w tym roku zwiedził już niezłą część Europy i pójść spać.


Kolejny dzień, a wraz z nim wyjrzenie przez okno pozwoliło mi zauważyć jeszcze jedną przypadłość Graz. Mianowicie bardzo popularne są tu stare okiennice otwierane na boki, a także coś, czego do tej pory nigdzie indziej nie wdziałem – rolety, które można, że tak to ujmę złamać w połowie i tak jakby je uchylić. Trudno to opisać słowami, dlatego możecie to zobaczyć na poniższym zdjęciu przedstawiającym tę osobliwość.


Nie ma co stać po próżnicy w domu, mój czas w tym mieście jest ograniczony, więc nie można go marnować. Po wyjściu z budynku szybko okazało się, że tuż obok znajduje się całkiem wysoki kościół, więc raczej się nie zgubię, gdy wracając do kamienicy będę się kierował w stronę takiego punktu orientacyjnego.


Szybki spacer do sklepu, odniesienie zakupów do kwatery i czas wyruszyć coś zwiedzić. Godzina, zważywszy na późną porę wstania z łóżka nie była zbyt wczesna, więc najlepszym pomysłem było zwiedzanie okolicznego, całkiem sporego parku, którego pewne części okazały się… ostoją ludzi, z którymi nie bardzo chciałbym mieć do czynienia. Na szczęście nikt jakoś specjalnie spacerujących nie zaczepia.


Dzień się chylił ku końcowi, a temperatura zaczęła spadać, więc nadeszła pora na powrót do domu i w sumie wypadałoby poznać się bliżej ze współlokatorkami, bo mimo tego, że jestem introwertykiem, to nieodzywanie się z nimi przez te kilka dni byłoby… hmm… trochę niegrzeczne. Na szczęście dziewczyny okazały się całkiem miłe i można było z nimi bez przeszkód pogadać w każdej wolnej chwili :)


Kolejny dzień, kolejna wyprawa. Gdzie tym razem? Tym razem górujący nad całym miastem zamek Schloßberg. Wieża zegarowa na wzgórzu zamkowym jest… dziwna, gdyż role wskazówek są zamienione. Zaś droga na wzgórze prowadzi labiryntem schodków. Ze szczytu widać piękną panoramę, gdzie szczególnie ładnie wyglądają stare, spadziste dachy, oraz wznoszące się na horyzoncie góry. A co można zobaczyć, gdy już się wejdzie na te wszystkie schody? Oprócz wieży znajduje się tu przytulny ogródek, kilka altanek i cztery zabytkowe działa.


Po zejściu na dół pokręciłem się jeszcze trochę po mieście i wróciłem do domu coś zjeść, aby wreszcie zakończyć ten dzień powrotem na zamek, gdyż podobno wieczorem robi całkiem niezłe wrażenie.


Gdy tam wróciłem, spostrzegłem w skale jakieś dziwne wejście. Wejście, które okazało się tunelem przez całą górę. Niesamowite! Prawie jak w kopalni, tyle, że nie pod poziomem terenu.


Wszedłszy na górę widać, że miasto w nocy wygląda zupełnie inaczej – i ma to w sobie trochę uroku, choć szczerze mówiąc, to każde miasto po zmroku wygląda inaczej i prawie każde jest wtedy przepiękne.


Czas powrotu. Schodzę i słyszę jakieś dziwne dźwięki. Źródłem dźwięków był borsuk i to nie jeden, a dwa. Niestety skrywały się w mroku i aparat… no cóż, nie jest na tyle czuły, co ludzkie oko, więc zdjęć zwierzaka, a tym bardziej jego ostrych zdjęć nie posiadam :( Niemniej jednak było to ciekawe przeżycie :)


Na kolejny dzień został zaplanowany ogród botaniczny. Na jego reprezentacyjnej części znajdziemy trzy połączone ze sobą szklarnie z o dziwo nie szkła, a pleksi, o dziwnych kształtach, zaś dalej można ujrzeć starą i prawdopodobnie nie bardzo użytkowaną szklarnie, która przypomina powojenny bunkier.


Jednak nie samym ogrodem botanicznym człowiek żyje. Czas na dalsze zwiedzanie. Po drodze znalazłem kolejny park, tym razem z jakąś wytyczoną ścieżką do biegania. Biegać mi się nie chciało, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby się taką drogą przejść. A co można zobaczyć po drodze? Jak wyglądają obrzeża miasta, które spokojnie można nazwać wsią. Można także spojrzeć na góry z zupełnie innej perspektywy.


Zszedłem do jednej z większych ulic przelotowych przez miasto. Do centrum niezły kawałek drogi, więc w sumie można się do niego wybrać dojeżdżającym do znajdującej się nieopodal krańcówki tramwajem, przy której znajduje się tramwajowe muzeum, które niestety było już nieczynne. Co ciekawe, na obrzeżach miasta dla każdej linii tramwajowej jest jeden tor, który rozwidla się przy przystankach. Z jednej strony oszczędność i możliwość poprowadzenia trasy w inny sposób, a z drugiej konieczność czekania, aby tramwaj z naprzeciwka wjechał na przystankowe rozwidlenie.


Powróciwszy do miasta na koniec dnia nie mogłem sobie odmówić kawałka czekoladowego tortu wiedeńskiego. Pyszności! :)

Austria 19-25.09 - Ostatni wyjazd w tym roku

Austria 19-25.09 - Ostatni wyjazd w tym roku

No cóż, muszę przyznać, że jak w zeszłe wakacje nie wyściubiłem nosa z mojej rodzinnej Łodzi, tak w tym roku wyrobiłem normę podróży za 2 lata. Odwiedziny na Ukrainie i w Czechach były niezapomnianym przeżyciem, ale… czekała mnie jeszcze jedna podróż :)


Otóż za naszą południowo-zachodnią granicą, a nawet za granicą kolejnego państwa z moją ojczyzną sąsiadującego wylądowały dwie dziewczyny na stażu, które miałem przyjemność poznać i miałem możliwość nocować w ich wynajmowanym mieszkaniu przez kilka dni. Hmm… tak w sumie, to czemu nie? Nocleg za darmo (by nie powiedzieć, że za flaszkę) powoduje, że koszty wyjazdu drastycznie spadają. Nie ma co stać po próżnicy, czas zacząć się pakować :)


Dnia to było 18 września, a właściwie, to już schyłek tego dnia się zbliżał. Odpowiednio wcześniej wrzuciłem w harmonogram wpis o zakończeniu mojej ostatniej górskiej podróży tak, aby był dostępny w sobotę, gdy byłem za granicą, tym bardziej, że na drugi dzień po powrocie do domu miał się zaczynać kolejny semestr studiów, na które jeszcze uczęszczam. Wracając do tematu: z torbą i nieodłącznym plecakiem stawiłem się na miejscu dobrze już znanym i wielokrotnie przeze mnie odwiedzonym w tym roku. Mowa o dworcu Łódź-Kaliska. Punktualnie 5 minut po północy podjechał autokar. Planowany czas podróży: 11 godzin i 40 minut. Dobranoc.


Austria. Państwo znane mi głównie z gry Eurobiznes. Nie wiedziałem o tym kraju nic, poza tym, jaką posługują się walutą i że rozmawiają w znienawidzonym przeze mnie języku, który w moim mniemaniu pochodzi prosto z piekła, a każde słowo w nim wypowiedziane brzmi jak groźba rychłej śmierci. Patrząc na te wszystkie napisy z przeróżnymi umlautami i i ulicami kończącymi się na straße powoli i z trudem, ale jednak zaczęły mi się przypominać poszczególne słowa i łatwe zwroty, których uczyłem się przeszło 6 lat temu, gdy miałem zajęcia z tego języka w technikum. Jednak na szczęście w większości miejsc można było porozumiewać się w według mnie ładniej brzmiącym języku – angielskim.


Wiedeń. Znalazłem się na czymś, co w Polsce określamy mianem starówki. Szczerze mówiąc, to przypominała mi coś pomiędzy starówką Pragi, a Gdańska. Po podziwianiu koni przyszedł czas pozwiedzać… i zgubić się. Nie było to trudne zważywszy na brak przygotowania. Do zapamiętania na przyszłość: mapa to podstawa ^^.


Po spędzeniu tutaj kilkudziesięciu minut widać, że jest to zupełnie inne państwo. Z resztą, widać to chyba po każdym przekroczeniu granicy. To, co mnie zaskoczyło, to wybiegi dla… psów. Poważnie, w Wiedniu znalazłem teren ogrodzony tak, jak osiedlowe parki zabaw z przeznaczeniem na zabawę psiarzy i ich pupili.


Kolejna rzecz, która dziwi, a także szokuje i zadaje pytanie: „co to ma być”, to przepuszczanie pieszych przez pojazdy na drodze. Kierowca autobusu jest w stanie zatrzymać się na środku skrzyżowania tarasując je w całości tylko dlatego, że jeden człowiek stoi przy pasach! Dla mnie jest to szczyt głupoty, gdyż uważam, że pieszy jest na drodze intruzem i to, czy ja go przepuszczę, czy też nie, to tylko moja wolna wola, a nie nakaz, który nieprzestrzegany podobno prowadzi w Austrii do wysokich mandatów. Droga jest dla pojazdów, a chodnik dla pieszych i jak pieszy chce przekroczyć krawężnik, to powinien się dostosować.


Czas na przerwę. W poszukiwaniu jakiejś przytulnej kawiarenki spostrzegłem zabawne trio grajków z założonymi na czerep końskimi łbami xD Rozbawiony po chwili odpoczywałem delektując się gorącą czekoladą i ciastkiem (strudlem?) jabłkowym.


Czas na wesołe miasteczko! Ostatnio dowiedziałem się, że podobno to, znajdujące się w Wiedniu jest największym w Europie. Fakt, sprawia wrażenie całkiem sporego, ale nie przypuszczałem, że aż tak. A co tam można robić? Hmm… prawie wszystko :p Znajdują się tam 2 diabelskie młyny, w tym jeden gondolowy, chyba 4 tory małych samochodzików, tor gokartowy, ale ze słabymi maszynkami, chyba ze 4 strzelnice, strzelanie z łuku (polecam :)), zbijanie puszek, ze 3 domy strachów i wiele innych atrakcji. Jednak cały czas uważam, że lepszą miejscówką jest „wesołe miasteczko” w Prypeci (o którym pisałem tutaj).


A jak to wszystko wygląda cenowo? Nooo… ja mam umysł ścisły, więc wszystko przeliczam i… drogo w… nooo… bardzo drogo. Gdyby zamienić znaczek EUR na PLN, a cenę zostawić taką, jaką ją zastaliśmy, to ceny byłyby względnie podobne do polskich.


Dzień chylił się ku końcowi, co obwieszczało zachodzące powoli słońce. Jednakże musiałem poczekać w stolicy Austrii, gdyż czekała mnie podróż do jeszcze innego miasta, a bus miał odjechać z przystanku o godzinie 22:45. Chcąc więc wytracić trochę czasu znowu coś zjadłem na mieście, a także zabrałem uprzednio zostawione w przechowalni dworcowej bagaże. Doba i mój czas na zwiedzanie Wiednia powoli zbliżały się ku końcowi.

Wypad w góry 31.08 - 4.09 - Śnieżka, czeska strona i powrót do domu

Wypad w góry 31.08 - 4.09 - Śnieżka, czeska strona i powrót do domu

Dzień 4, sobota

To właściwie ostatni dzień wyprawy, bo nazajutrz miałem jedynie zejść do Karpacza i z dwoma przesiadkami dojechać do rodzinnego miasta. Jednak nie ma co się smucić, skoro jeszcze cały dzień będę w tak przepięknej okolicy. Na śniadanie poza jajecznicą zbyt dużego wyboru w Samotni nie uświadczysz. Wpływ cen z Karpacza też widać, bo za chleb do jajecznicy trzeba dopłacić.



Niebo pokrywały chmury, które zagradzały drogę promieniom słonecznym, więc było przyjemnie chłodno. Wróciłem na czerwony szlak w miejscu, gdzie wczoraj z niego zboczyłem i poszedłem w stronę najwyższego szczytu na mojej wyprawie.



Pod Domem Śląskim wiatr się wzmógł, więc założenie czegoś cieplejszego przed wejściem na szczyt Śnieżki, gdzie wiatr prawdopodobnie hulał z jeszcze większą siłą, było nader wskazane. Wejście na samą górę tak jak ostatnio zmęczyło mnie okrutnie. Gdy dziś sobie przypomnę, jak wchodziłem tu dwa lata temu z małym plecaczkiem z trzema litrami wody i narzekałem, że mi ciężko, to się śmieję, gdyż teraz czwarty dzień z rzędu chodziłem z o wiele cięższym bagażem.



Gdy już znalazłem się na szczycie okazało się, że bar na Śnieżce jest zamknięty. Najlepsze jest to, że w sumie nigdzie nawet nie ma o tym informacji. Później na szlaku od innych podróżników dowiedziałem się, że prawdopodobnie jest to spowodowane złym stanem technicznym budynku. Dopiero po powrocie do Łodzi wyszukałem, że obiekt został zamknięty 1.11.2015. Cóż, gdyby konstrukcja należała do PTTK, a nie do Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, to prawdopodobnie budynek byłby w bardzo dobrym stanie i można by tam było nawet przenocować.



Nie pozostało mi nic innego, jak poszukać jakiegoś miejsca, gdzie wiatr byłby choć trochę mniej dokuczliwy. Znalazłem takie, usiadłem i zacząłem pałaszować wyciągnięte z plecaka szprotki w pomidorach :) Po posiłku pokręciłem się jeszcze trochę po szczycie, wszedłem do kaplicy św. Wawrzyńca i porobiłem parę fotek na okoliczne góry.



Czas na wyprawę w nieznane. Czerwony szlak od Śnieżki do Sowiej Przełęczy był dla mnie jedną wielką niewiadomą. Pora sprawdzić, co góry szykują dla mnie na tym odcinku. Z początku przygotowały dla mnie milutką ścieżynkę w kosodrzewinie. Później milutka ścieżynka zamieniła się w strome i wysokie stopnie zrobione z kamienia i desek. Hmm… chyba nie chciałbym od tej strony wchodzić na Śnieżkę :p



W pewnym momencie spomiędzy drzew wyłoniło się czeskie schronisko Jelenka. Z chęcią wszedłem do środka i z bananem na ustach zamówiłem knedliki (nie mylić z knedlami) z jagodami, a jakże! Po chwili podano mi talerz z trzema pampuchami (czy też pyzami, w różnych częściach Polski różnie się na to mówi) nadziewanymi jagodami, oblanymi także syropem z jagód, a to wszystko w towarzystwie całkiem sporej ilości bitej śmietany! Cudownie!



Po świetnym posiłku poszedłem dalej w stronę przełęczy Okraj. Prawie byłem już na końcu szlaku, gdy usłyszałem odgłosy z miasta. Trochę mnie to zdziwiło, bo gdy ostatnio byłem w Malej Upie, to było tam bardzo cicho. Tym razem jednak trafiłem na najprawdopodobniej końcówkę jakiegoś motocyklowego zlotu. Jednoślady zaraz zaczęły wyjeżdżać z Czech do Polski, a kierowcy niejednokrotnie się czymś wyróżniali. Ten miał kask stylizowany na hełm wikinga, tamten brodę do pasa, jeszcze inny miał motocykl „na sygnale”.



Zostawiłem ciężki plecak w schronisku i wyruszyłem do miasta uprzednio okrywając spieczone do czerwoności prawe ramię. Ceny za nocleg w przeliczeniu na złotówki w okolicach 100 zł, więc zakwaterowałem się po polskiej stronie. Całe miasto można przejść nieśpiesznym krokiem w piętnaście minut, ale za to w prawie całej miejscowości można podziwiać szczyt Śnieżki.



Wszedłem do restauracji i zamówiłem oczywiście knedle, a do tego ciemne czeskie piwo. Czechy można okryć mianem królestwa kminku – jeśli nie lubicie tej przyprawy, to raczej nie przypadną Wam do gustu ich potrawy. Ja kminek mógłbym jeść garściami, więc czeska kuchnia bardzo mi odpowiada.



Pokręciłem się jeszcze trochę po mieście i wróciłem do schroniska. Tym razem pokój musiałem dzielić z sześcioma innymi osobami. Przed wieczorkiem jeszcze usiadłem przed schroniskiem z butelką czeskiego piwa i do tego czeską przekąską – grubymi słonymi paluszkami z kminkiem :)


Opis wydatkuCena
Jajecznica na kiełbasie i chleb9,50 zł
Knedliki z jagodami122 CZK
Paluszki z kminkiem25 CZK
Nocleg30 zł
Knedle i ciemne czeskie piwo215 CZK
Czeskie piwo6 zł
Razem45,50 zł + 362 CZK
Razem po przewalutowaniu (korony kupowałem po kursie 16,80 zł za 100 CZK)45,50 zł + 60,82 zł
106,32 zł


Dzień 5, niedziela

Ostatni dzień wyprawy. Na śniadanie zamówiłem sobie w schronisku kiełbasę na ciepło. Po paru minutach przyniesiono mi smaczną porcję smażonego mięska z cebulką – jak na schroniskowy posiłek, to całkiem dobry i syty.



Ech… Pora wracać. Przed opuszczeniem Czech spojrzałem jeszcze na widoczny z Malej Upy szczyt Śnieżki. Z przełęczy Okraj do Karpacza ruszyłem szlakiem zielonym – prowadzi on laskiem i prawdopodobnie wyschniętym korytem rzecznym. Z niego trafiłem bezpośrednio do Białego Jaru, skąd po niespełna pięciu minutach wsiadłem w busa do Jeleniej Góry. Spytałem czy kierowca wskaże mi przystanek znajdujący się najbliżej dworca PKP w Jeleniej, odparł, że tak. Gdy już dworzec ten mignął mi w oknie, a pojazd zatrzymał się na kolejnym przystanku, spytałem, czy na tym przystanku mam wysiąść, a kierowca odparł, że przecież mówił do mnie na poprzednim przystanku, że tam miałem wysiąść… Ręce odpadają… No tak, jak już gbur wziął pieniądze, to nic go więcej nie obchodzi… ^^



Spojrzałem na bilet. Pociąg odjeżdża za półtorej godziny. Przydałoby się coś zjeść. Nie chciało mi się iść z plecakiem do centrum, więc wszedłem do restauracji nieopodal. W oczy rzucił mi się on: schabowy złożony na pół z nadzieniem z pieczarek i boczku zapiekany w serze! To jest to!



Obiad pyszny, ale ledwo zjedzony ;p Poszedłem na dworzec, do którego nie było daleko. Pociąg już czekał, mimo że do odjazdu było jeszcze dobre 15 minut. Usadowiłem się na wyznaczonym miejscu, założyłem słuchawki na uszy i puściłem z telefonu kolejnego audiobooka. Przez drogę do kolejnego postoju jak zwykle trochę słuchałem czytanego rozdziału książki, a trochę przysypiałem.



Wrocław. Wysiadam z pociągu i… hmm… czegoś mi tu brakuje… Może jakieś wskazówki, w którą stronę, na jaką ulicę? Co prawda przechodziłem przez wrocławski dworzec w lipcu tego roku (o czym możecie przeczytać tutaj), ale był to jeden jedyny raz. Cóż, zdałem się na swoją pamięć, która jak prawie zawsze mnie nie zawiodła. Dotarłem na dworzec autobusowy, a tam czekał już na mnie bus do Łodzi z niemałą kolejką podróżnych, z którymi miałem za kilka minut jechać.



Podróż minęła szybko i sprawnie. Wysiadłem w rodzinnym mieście i poczekałem kilka minut na autobus do domu. Mimo wieczoru było ciepło. Temperatury w górach były niższe. Trochę zmęczony przejechałem kilka przystanków. Przez cały wyjazd miałem dobrą pogodę. Zaczęło padać dopiero w Łodzi, gdy wysiadłem z autobusu :p


Opis wydatkuCena
Kiełbasa na ciepło8 zł
Woda 1,5 litra3,50 zł
Bus Karpacz – Jelenia Góra6 zł
Obiad w Jeleniej30 zł
Pociąg Jelenia Góra – Wrocław19,11 zł
Bus Wrocław – Łódź26 zł
Razem92,61 zł
Razem za cały wyjazd426,02 zł


Podsumowanie

Całą trasę na pewno dało się zrobić szybciej. Jedyny dzień, w którym nie obijałem się na szlaku, to czwartek. Przez resztę wyjazdu wiedziałem, że dojdę do miejsca noclegu grubo przed zmrokiem. Jakby się uprzeć, to można by przyjechać do Świeradowa na jakąś ranną godzinę, a nie tak jak ja na 16 i stamtąd w ciągu jednego dnia dotrzeć do Hali Szrenickiej. Następnego dnia można zajść do Domu Śląskiego, a kolejnego do Przełęczy Okraj i nie tracąc czasu zejść do Karpacza. Ja jednak wolałem trochę rozciągnąć ten wyjazd.



Co do kosztów, to także na pewno dałoby się zejść niżej. O ile z przejazdami za bardzo nic się nie da zrobić, to z całą resztą już można nieźle kombinować. Gdybym nie stołował się w restauracji w Szklarskiej Porębie, Malej Upie i Jeleniej Górze, a zamiast tego zamówił jakiś skromniejszy posiłek również na ciepło w schronisku, oraz nie kupował piw, to mógłbym zejść z kosztami do jakichś 350 zł, jednak nie chciałem sobie odmawiać niektórych rzeczy ;) Gdyby dodatkowo skrócić wyjazd z pięciu do trzech dni, to cały koszt mógłby się zamknąć w granicach 300 zł.



Góry górami, ale tymczasem jestem w domu za biurkiem i późnym wieczorem piszę właśnie ten wpis ściągając łuszczącą się skórę z prawego ramienia :p Pora powoli zabierać się za organizację zimowego wypadu w góry. Do zobaczenia na szlaku, bądź stoku :)

Wypad w góry 31.08 - 4.09 - Na szlaku

Wypad w góry 31.08 - 4.09 - Na szlaku

Dzień 2, czwartek

Obudziłem się około godziny ósmej i o takiej też godzinie zwykle wstawałem przez cały wyjazd, więc biorąc pod uwagę to, że kładłem się koło 22:00, to byłem wyspany i rześki. Pierwsze, co przyszło mi do głowy: czy buty wyschły? Pomysł z napakowaniem do nich papieru toaletowego, który pochłonął mnóstwo wilgoci był strzałem w dziesiątkę. Dla pewności jeszcze położyłem je na nasłonecznionym parapecie.



Po ogarnięciu się i zjedzeniu śniadania w postaci przedostatniej kanapki przygotowanej jeszcze w domu ruszyłem w dalszą drogę. Niebo znów było idealnie bezchmurne, więc nie mogłem narzekać na widoki. Tym bardziej, że szlak prowadzi całkiem ciekawą, lekko kamienistą ścieżynką wśród drzew.



Droga mnie nie zawiodła i mogłem zrobić to, co uwielbiam robić w górach – nazbierać trochę jagód! Górskie jagody są trochę większe od tych, które można zebrać w Łodzi w Lesie Łagiewnickim. Poza tym kto pogardzi darmowymi słodziutkimi jagódkami? :p



Po drodze spotkałem dwóch starszych panów w okolicy 65-70 lat. Jak przystało na kulturalnego turystę należało pozdrowić napotkanych podróżnych.
- Dzień dobry.
- Cześć!
Aha. Już widzę, że będą chcieli pogadać :) Ze standardowej gadki dowiedziałem się, że tych dwóch chce prawdopodobnie przejść cały Główny Szlak Sudecki, gdyż wyznali, że przed nimi jeszcze ponad 400 km. Zagadnąłem więc o pakowanie się na wyprawę, gdyż miałem lekkie problemy, aby spakować się na pięć dni, podczas gdy oni będą iść około dwóch tygodni. W odpowiedzi usłyszałem:
„Jak spakowałeś się w ten plecak na 5 dni, to i na miesiąc się spakujesz.”
Ogólnie całkiem pozytywni ludzie. Zwykle można takich poznać na szlaku po tym, że Cię pozdrowią lub odpowiedzą na pozdrowienie.



Przed Zwaliskiem zauważyłem, że z tego miejsca prowadzi na Halę Szrenicką zarówno szlak czerwony (przez Szklarską Porębę) jak i zielony i idąc każdym z nich doszedłbym do celu w podobnym czasie. W sumie nigdy nie szedłem zielonym na Halę, ale już wcześniej postanowiłem, że przejdę czerwonym szlakiem. Poza tym chciałem uzupełnić w mieście zapasy wody i kupić sobie parę bułek na drogę, oraz zjeść obiad w Szklarskiej. Może innym razem. Po paru krokach znów zobaczyłem idealnie bezchmurne niebo. Było tak nieskazitelnie lazurowe, że można się było w nim zakochać! W miastach raczej nie uświadczymy takich pięknych widoków.



Wreszcie doszedłem do Wysokiego Kamienia. Stąd było widać, że nad Izerami niebo jest bezchmurne, a nad Karkonoszami zaczęły kłębić się białe obłoczki. Jednak nie przeszkadzały one w obserwacji szczytu Szrenicy czy też radiostacji nad Śnieżnymi Kotłami, a jeden z widocznych szczytów nawet przypominał Śnieżkę :)



Zszedłem do miasta i gdy zobaczyłem znajome widoki, poczułem się jak w domu! Zawsze gdy jestem w Szklarskiej czuję, jakbym bym we właściwym miejscu :) Poszedłem do znajomej piekarni po prowiant, po drodze jeszcze do innego sklepu po wodę, a następnie do ulubionej knajpki na obiad – placek po węgiersku. Ceny w tej restauracji może nie są jakieś niskie, ale za to porcje są takie, że można się najeść do syta :)



Ruszyłem dalej. Kamienistym szlakiem doszedłem do Wodospadu Kamieńczyka. Ta droga zawsze wzbudzała we mnie obok zmęczenia radość. Odpocząłem przyglądając się falom spadającej wody, a przede mną został już tylko odcinek na Halę.



Przed wchodzeniem dalej trzeba uiścić opłatę za wejście na teren Karkonoskiego Parku Narodowego, ale buda człowieka pobierającego opłaty była zamknięta, więc pewnie zwinął się już jakiś czas temu, a ja miałem wejście za friko :)



Droga na Halę Szrenicką jak zwykle mnie zmęczyła, ale to jedno z moich ulubionych podejść. Przy okazji zachodzące słońce tworzyło piękną grę światła i cienia, dzięki czemu zdjęcia bardzo ładnie wyszły :)



Schronisko na Hali w porównaniu do Stogu Izerskiego to hotel. Wszystko ładnie wyremontowane, a z prysznica, jak się przed snem okazało leciała idealnie lekko ciepła woda :)



Nie pozostało mi nic innego jak zakończyć ten dzień w jakiś bardzo miły sposób: zasiąść przed schroniskiem z buteleczką chłodnego, czeskiego, ciemnego piwka :)

Opis wydatku Cena
Bułki (słodkie 2 szt. i z przedziałkiem 2 szt.) 4,20 zł
Woda 1,5 litra 1,99 zł
Obiad (placek po węgiersku i herbata z cytryną) 34 zł
Czeskie ciemne piwo 7 zł
Nocleg na Hali Szrenickiej 30 zł
Razem 77,19 zł


Dzień 3, piątek

Wstałem i uświadomiłem sobie, że dziś minie połowa wyjazdu. Przy dobrej zabawie czas szybko leci, nie ma co narzekać, trzeba zejść na śniadanie – jajecznicę na boczku :) Porcja jak na śniadanie akuratna, więc miałem siłę na dalszą wyprawę.



Przeszedłem obok schroniska na Szrenicy i wszedłem na drogę Przyjaźni Polsko-Czeskiej. Tutaj już aż do przełęczy Okraj, co jakiś czas widać słupki graniczne, a turyści idący tym szlakiem przekraczają granicę państw kilkadziesiąt razy często nawet o tym nie wiedząc.



Przeszedłem obok skał Trzy Świnki i Twarożnik, aż w końcu dotarłem do radiostacji nad Śnieżnymi Kotłami, która tak właściwie nazywa się Radiowo-Telewizyjnym Ośrodkiem Nadawczym Śnieżne Kotły. Nie wiem czy ja mam takiego pecha, czy tam może zawsze jest taki klimat, ale każdego razu, gdy tam jestem, to wiatr chce mi urwać głowę. Za to widoki na przepaść i ściany kotłów są przepiękne!



Przy okazji trochę zboczyłem ze szlaku w celu zobaczenia Wielkiego Szyszaka. Co prawda to, co ujrzałem na jego szczycie nie powala, ale przynajmniej zaspokoiłem swoją ciekawość, gdyż nigdy wcześniej tam nie wchodziłem.



Idę dalej. Pamiętam, że przed schroniskiem Odrodzenie i dwoma czeskimi budynkami były ruiny jakiejś konstrukcji, które swoją drogą bardzo ładnie wyglądały. Niestety teraz zastąpiła je budowa czeskiego obiektu. Nawet w środek gór wprowadzili sobie budowlanego żurawia…

Zdjęcie z 23.07.2014 Zdjęcie z 2.09.2016
Zaszedłem do schroniska Odrodzenie, w którym nigdy wcześniej nie byłem. Zamówiłem sobie naleśniki z jagodami (jagody w górach są wszędzie, nawet w posiłkach :)).  Cena za to danie nie była zbyt niska, ale strawa mile połechtała moje podniebienie, a jagody wysypywały się ze zwiniętego ciasta :)


Po przekroczeniu skał Słonecznik można zobaczyć Wielki Staw, który rzeczywiście jest wielki :) Z tego miejsca już wyraźnie widać szczyt Śnieżki, oraz budynki znajdujące się na jej szczycie. Kilkadziesiąt metrów za Wielkim Stawem widać Mały Staw, który był celem mojej dzisiejszej podróży.


Gdy w końcu znalazłem się przy schronisku Samotnia, mogłem podziwiać Mały Staw z bliska. Dwa słowa: jest piękny. Urocza okolica. Z Karpacza jest tu całkiem blisko, więc i w schronisku ceny są wyraźnie wysokie. Tym razem pokój, w którym nocowałem, musiałem dzielić z pięcioma innymi osobami, w tym z chrapiącym szwabem :( Niemniej jednak widok zachodzącego słońca nad polodowcowym jeziorem był tego wart :)

Opis wydatkuCena
Jajecznica na boczku8 zł
Naleśniki z jagodami13 zł
Woda 1,5 litra (Samotnia)7 zł
Czeskie piwo8 zł
Nocleg30 zł
Razem66 zł
Copyright © 2014 Bez Nazwy , Blogger