Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że używam zwrotu „za moich czasów”. Może rzeczywiście za moich czasów było lepiej?

Za moich czasów było bezpieczniej, ludzie wynosili kulturę z domu, a nie jedynie słomę w butach, byli lepiej wychowani, a właściwie wystarczy powiedzieć tylko, że byli wychowani, bo to i tak wciąż lepiej niż wychowania brak. Ludzie byli mądrzejsi, potrafili sobie czas zorganizować, byli bardziej zaradni i wiedzieli, co dla nich dobre, nie wspominając już o tym, że zwyczajnie sobie pomagali. Budynki były ładniejsze, nie składały się z prostych figur niczym klocki, tylko przedstawiały miłe dla oka kształty, a nawet jak były zaniedbane, to wciąż były ładniejsze od nowych. Samochody miały duszę i dało się je naprawić za pomocą klucza, młotka i rajstopy, a elektronika w nich kończyła się na światłach i w co droższych egzemplarzach na radiu. Co więcej było ich na tyle mało, że z daleka można było rozpoznać model każdego pojazdu, a teraz prawie wszystkie wyglądają tak samo. Produkty były tańsze, a chleb, po który chodziłem do sklepu kosztował 1,20zł. Zabawkę można było sobie zrobić na szybko z patyków, nie trzeba było wydawać niewiadomo ile pieniędzy na coś, czym dziecko będzie się bawiło przez pół godziny i rzuci w kąt, gdyż najlepszą zabawą było używanie wyobraźni.
Może po prostu wyolbrzymiam, może ubarwiam wspomnienia, a może po prostu kiedyś było lepiej? A może po prostu świat zbyt szybko idzie do przodu, na co wielu z nas nie jest gotowych? Przecież lepsze jest wrogiem dobrego, więc po co zmieniać coś, co działa dobrze? A może zwyczajnie ja się starzeję? ;)
Być może wielu z Was myśli, że chodzi o jakieś przedmioty, które sprawiają, że nasze życie staje się trudniejsze. Rzeczy, które odwracają naszą uwagę od ważnych spraw, przeciągają w czasie istotne przedsięwzięcia.
Nie. Zdecydowanie nie. Chodzi mi tutaj o… ludzi. Zwyczajnych skurczybyków, którzy dla własnej przyjemności lub ze zwyczajnej ignorancji utrudnią Ci drogi czytelniku Twoje życie. Większość z nas spotkała ich na swojej drodze. Dokument, który powinieneś złożyć jest poprawnie wypełniony, ale nie przyjmę go, bo nie ma kropki na końcu zdania, czcionka jest za mała, za duża, wyblakła lub zbyt czarna, a dokument za krótki lub za długi, a tak właściwie to od trzech sekund mam przerwę i przyjdź pan w piątek. Następny, bo zarobiony jestem.
Zastanawiam się, co kieruje tymi ludźmi. Przecież i tak będziesz musiał przyjść do nich z tą samą sprawą jeszcze raz. Albo jeszcze kilka razy w skrajnym przypadku. I tak w końcu to będzie musiało być zatwierdzone i tak. Podejrzewam, że po prostu oni mają jakieś kompleksy i wyładowują je na swoich petentach. „O jaki ja jestem świetny! Odwaliłem go perfekcyjnie! Teraz będzie musiał spędzić parę dni na poprawie i tak już dobrych dokumentów! Ale ja jestem dobry!”
Jakby nie mogli podejść do sprawy jak człowiek. Jeśli rzeczywiście coś nie spełnia wymogów, to wytłumaczyć co. Najczęściej jednak usłyszysz od nich „to jest źle, żegnam”. Niestety chyba jedynym rozwiązaniem na takie osoby, jeśli nie macie możliwości załatwienia swojej sprawy u kogoś bardziej rozgarniętego, jest zniżenie się do ich poziomu, bycie natrętnym i przychodzenie cały czas, ciągle w nieskończoność, aż w końcu szanowna eminencja raczy zatwierdzić daną rzecz, bo ma Was już dosyć.
Większość z nas ma takiego znajomego, który cały czas siedzi na prawdopodobnie najpopularniejszym portalu społecznościowym w Polsce. Czy poświęcanie czasu na takie aktywności jest dobre?
Komunikacja
Jednym z pierwszych programów, jakie zainstalowałem na swoim komputerze po podłączeniu do niego Internetu, czyli w czasach, gdy 1 megabit na sekundę był prędkością ogromną i zrywającą liście z drzew, było gadu-gadu. Kto z nas z tego nie korzystał? Było to podstawowe medium komunikacyjne zaraz po telefonie komórkowym.
Gdy poszedłem na studia okazało się, że prawie wszyscy z gg już nie korzystają. Znaleźli następcę: facebooka z jego najważniejszą według mnie funkcją – messengerem, ułatwiając komunikację ze znajomymi. Punkt dla fejsa. Jednakże skłamałbym, gdybym powiedział, że w pierwszym momencie się całym portalem nie zachłysnąłem. Codziennie sprawdzałem: co, kto, gdzie, z kim i dlaczego.
Nie masz własnego życia?
Dni mijały, aż w końcu stwierdziłem: ale po co ja na to marnuję czas? Wiadomo, człowiek dostaje coś nowego i zachowuje się jak dziecko, a im dłużej i częściej coś robi, tym bardziej wchodzi mu to w nawyk. Tylko czy ja potrzebuję wiedzieć, co znajoma zjadła na śniadanie? Czy potrzebuję się uzewnętrzniać wpisem o treści „nie mogę zasnąć”? Albo wrzucać codziennie moje zdjęcia? Niektórzy lubią wiedzieć: co i jak, gdzie się dzieje, ale czy warto w ten sposób tracić czas?
Ludzie na portalach społecznościowych często gdzieś po drodze gubią swoją prywatność i nierzadko swój czas, który jest jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie są nam dane, a przecież czas ten można wykorzystać w znacznie lepszy sposób.
A gdyby tak można było cofnąć czas? Obrać inną ścieżkę? Podjąć inne decyzje? Zastanawialiście się kiedyś nad tym przez dłuższą chwilę?
Kilka wyborów w moim życiu było podyktowanych ambicjami, inne lenistwem. Jedne były lepsze, a inne gorsze. Nie twierdzę, że były złe, gdyż podjąłem je sam znając ówczesny stan rzeczy. Gdybym wiedział jak naprawdę będą wyglądały konsekwencje moich wyborów, to być może zdecydowałbym inaczej.
Zawsze, gdy podejmujemy jakieś ważne decyzje znamy tylko to, co mamy teraz. Tego, co dopiero nastąpi możemy się jedynie domyślać. Do czego zmierzam? Być może miło by było mieć możliwość powrotu do czasu, kiedy podjęliśmy decyzję taką, a nie inną, znając już przebieg dalszych wydarzeń w określonej sytuacji.
Tylko co tak właściwie by to oznaczało? Moglibyśmy być w zupełnie innym miejscu w zupełnie innej sytuacji, wreszcie… zupełnie innym człowiekiem. Wchodząc jeszcze głębiej w różne dywagacje możemy rozmyślać nad zakrzywianiem czasu, zmianą przyszłości i spotkaniem z ewentualnym sobą z innej czasoprzestrzeni, ale nie wiemy, czy coś takiego właściwie istnieje, więc porzućmy ten temat ;p
Po prostu tak sobie rozmyślam, czy gdyby dane mi było przeżyć swoje życie od nowa, to czy wyglądałoby ono podobnie, czy zdecydowanie inaczej. Lubię czasem pomyśleć „co by było gdyby”. Tymczasem wracam z krainy wyobraźni i wracam do rzeczywistości ;)
Kiedy w wieku osiemnastu lat uzyskałem ten najważniejszy według mnie i moich rówieśników w tymże wieku dokument, bardzo się cieszyłem, że dostałem to uprawnienie bezterminowo. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że dzisiaj trochę inaczej będę patrzył na konieczność odbywania badań przedłużających możliwość kierowania pojazdami.
Choć kwestia terminowości tego dokumentu została już jakiś czas temu prawnie rozwiązana, to niedawno zacząłem się nad nią znów zastanawiać. Bezterminowe prawo jazdy tak, jak i wiele innych rzeczy ma swoje zalety jak i wady. Zacznijmy od prostszej strony, czyli od zalet. Uprawnienie do kierowania pojazdami wydane bez okresu ważności są… i tyle. Nie trzeba pamiętać o niczym innym, jak tylko noszeniu ze sobą dokumentu za każdym razem, gdy planujemy usiąść za kółkiem. Praktycznie rzecz biorąc zdajesz prawko, odbierasz po jakimś czasie i zapominasz, korzystając beztrosko z możliwości prowadzenia samochodów. Nic tylko się cieszyć.
To teraz wady. Pewnie niektórzy z Was pomyślą, że bezterminowe prawo jazdy wad nie ma. Wyobraźcie sobie, że jakiś kierowca w podeszłym wieku wyjeżdża z ulicy podporządkowanej tuż przed maskę prowadzonego przez Was pojazdu. Pół biedy, gdy zdążycie wyhamować i nikomu nic się nie stanie. Co jednak, gdy taki kierowca spowoduje wypadek w sumie nawet nie zdając sobie za bardzo sprawy z tego, że coś zrobił źle? Każdy z nas w pewnym wieku straci swój młodzieńczy refleks i zdolność podejmowania decyzji w ułamku sekundy, które to umiejętności na drodze niejednokrotnie mogą nam uratować życie. Dlatego też uważam, że prawo jazdy powinno być wydawane na czas określony z możliwością przedłużenia na kolejny okres czasu po pozytywnym przejściu badania lekarskiego. Jasne, powiecie, że lekarza można przekupić, albo że może to być jakiś znajomy znajomego i badanie zostanie „odbębnione”. Owszem, jest taka możliwość, ale na to już takiego prostego rozwiązania według mnie raczej nikt nie znajdzie.
Cóż, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, ja tylko przedstawiam Wam swoje zdanie. W każdym razie życzę Wam, abyście nie trafili na drodze na nie do końca sprawnego kierowcę :)
Kolejne dni wolne tego roku za nami i kolejny raz wyszło na jaw wielkie kłamstwo, które jest powtarzane przed każdymi dniami wolnymi.
Przez święta nadrobię
Co prawda majówka nie jest dla większości z nas jakimś ważnym świętem, chyba że ktoś z Was ma wiek na tyle leciwy, że pamięta pochody pierwszomajowe, a nie jedynie o nich słyszał. W każdym razie te dodatkowe trzy dni są świetną okazją do tego, aby… wziąć dwa dni urlopu w odpowiednim czasie i zyskać tydzień leżenia bykiem i odłogiem (pod warunkiem, że posiada się na tyle dużo dni urlopowych, że można nimi szastać na prawo i lewo). Te dni zaś oprócz odpoczynku można wykorzystać na nadrobienie zaległości. Niestety można tylko w teorii, która z praktyką ma wspólny jedynie początek założeń, a realizację zwykle trafia szlag. Ileż to ja razy słyszałem pamiętne już zdanie „przez święta nadrobię”, po to tylko, aby w ostatni wieczór przed dniem pracującym ogarnąć, jak bardzo jesteśmy w… polu z robotą i w sumie przez te kilka dni nie zrobiliśmy nic ponad drapanie się… po głowie.
Ileż to razy tak było i stwierdzaliśmy „no tak, przecież jeszcze nikomu nie udało się niczego nadrobić w święta” i ileż to razy przed kolejnymi wolnymi dniami mówiliśmy to samo po to tylko, aby znowu rzeczywistość złapała nas za kark szepcząc słodko do ucha „nie tym razem”?
Czy kiedyś w końcu wyciągniemy z tego wnioski? Najprawdopodobniej nie, bo jesteśmy leniwi i wszystko odkładamy na później ;)
W takim razie czy warto z tym walczyć? Też myślę, że nie ma to większego sensu, gdyż taka jest nasza natura, która nie zmieni się najprawdopodobniej przez kilka pokoleń naprzód. I tym optymistycznym akcentem kończę ten wpis, bo jutro idę do pracy, więc zaraz muszę iść spać ze świadomością, że znowu, jak wielu z nas nic nie nadrobiłem :p
Internet - najprościej rzecz ujmując miejsce, gdzie możesz znaleźć ogromną ilość informacji, nie zawsze jednak przydatnych. To, na co się w nim napotkasz zależy głównie od Ciebie.
Dobry czy zły?
Jak większość rzeczy, które wyszły spod ludzkiej ręki Internet można wykorzystać w bardzo pożyteczny sposób, a z drugiej strony może służyć do oszukiwania ludzi i karmienia się cudzą krzywdą. Gdybym miał określić Internet jednym słowem, to jedyne, co mi przychodzi do głowy, to śmietnik. Śmietnik, na którym jest dużo niepotrzebnych rzeczy, ale wprawny eksplorator może znaleźć na nim prawdziwe perełki. Najciekawsze jest to, że z każdej zalety Internetu można zrobić jego wadę.
Zastosowanie zastosowaniu nierówne
Dzięki temu wymysłowi, który towarzyszy nam już od całkiem długiego czasu możemy wyszukać interesujące nas informacje na temat przez nas poszukiwany. Z drugiej strony treści przez nas odnalezione nie zawsze muszą być prawdziwe.
Zamówienie czegoś przez Internet jest banalnie proste i nie musisz jechać do sklepu oddalonego o X kilometrów po jedną pierdółkę. Kurier z cieplutką paczką już czeka pod drzwiami. Gorzej, gdy padniemy ofiarą oszustwa i w przesyłce znajdzie się kartofel. Co prawda nie słyszałem od moich znajomych o tym, aby spotkał ich taki szwindel, ale plotki o podobnych przypadkach krążą w eterze.
Wpadasz na stronkę z jakimś czatem i poznajesz piękną dziewczynę. Wszystko fajnie, motylki w brzuchu i te sprawy. Problem w tym, że nigdy nie masz stuprocentowej pewności, że nie piszesz z jakimś obleśnym dziadem.
Nie karmić trolla
Nie mówiąc już o tym, że w sieci znajdziesz mnóstwo osób, którym zwyczajnie się nudzi i lubią powkurzać wszystkich dookoła nie wnosząc żadnej wartości dodanej do dyskusji/komentarzy itp, itd. Jednak według mnie przed większością z powyższych rzeczy można się ustrzec, gdy ma się głowę na karku i trzeźwo patrzy na świat. Najgorsze w moim odczuciu jest…
Uzależnienie
Z tym już samemu ciężko będzie sobie poradzić i choć znajomi będą Ci mówić, że za dużo czasu spędzasz w sieci, to Ty możesz to zwyczajnie olewać, a bagatelizowany problem może z biegiem czasu narastać do rozmiaru, kiedy wakacje bez dostępu do Internetu będą dla Ciebie przedsięwzięciem niemożliwym do zrealizowania.
A Ty? Odpowiedzialnie korzystasz z Internetu czy może Twoja egzystencja jest bez niego niemożliwa?