Wypad w góry 31.08 - 4.09 - Witaj przygodo!

Wypad w góry 31.08 - 4.09 - Witaj przygodo!

Dzień 0, wtorek

Wychodzę z pracy. Muszę jeszcze zahaczyć o kantor, aby wymienić walutę, bo może będę coś kupował za granicą. Po powrocie do domu musiałem spakować się na pięć dni w plecak od laptopa. Jest on całkiem pojemny, ale nigdy nie pakowałem się w niego na aż tyle czasu. Nie będę ukrywał, że było ciężko. Po wepchnięciu do niego ubrań, płaszcza przeciwdeszczowego, małego ręcznika, butelki wody i środków czystości niewiele miejsca pozostało. Udało mi się jeszcze zmieścić parę rybnych konserw, ale co ze śpiworem? Hmm… No cóż, potrzeba matką wynalazków – przyczepiłem go do plecaka za pomocą zabezpieczającej linki do laptopa. Jeszcze mapy! Zapomniałbym o nich, a bez tego lepiej się nie ruszać. Wszystko gotowe, a tak przynajmniej mi się wydaję. Pora spać, bo rano trzeba wcześnie wstać.

Dzień 1, środa

5:30. Godzina dosyć wczesna, ale pewnie i tak odeśpię w autokarze. Śniadanie, sprawdzenie, czy wszystko wziąłem i wyjście z domu. Gdy znalazłem się na dworcu Łódź-Kaliska uświadomiłem sobie, że jednak czegoś zapomniałem – słuchawek. Co prawda nie zamierzałem ich jakoś zbytnio używać w górach, ale przydałyby się w drodze na miejsce docelowe. Na szczęście dostałem jakieś badziewie w kiosku za dychę. Bus z napisem Łódź-Świeradów Zdrój podjechał. Po umieszczeniu przeróżnych plecaków i toreb w bagażniku pojazdu ruszyliśmy w drogę.


Jakaż to droga była przede mną? Zamierzałem przejść kawałkiem Głównego Szlaku Sudeckiego imienia Mieczysława Orłowicza wyruszając ze Świeradowa i idąc cały czas czerwonym szlakiem aż do Przełęczy Okraj. Co prawda wspomniany przeze mnie szlak tak naprawdę spod Schroniska Dom Śląski schodzi do Karpacza, ale ja zamierzałem pójść od tego miejsca dalej Drogą Przyjaźni Polsko-Czeskiej.


Autokar miał przyjechać na końcowy przystanek o 15:50 i był tam w okolicach właśnie tej godziny. Odpocząłem trochę, gdyż choroba lokomocyjna dała o sobie znać i po kilkunastu minutach ruszyłem w drogę. Tylko, w którą stronę mam iść? Tutaj niezbędna okazała się mapa. Bez niej nie udałoby mi się wejść na szlak, gdyż jego oznaczenie w Świeradowie jak i po wyjściu z miasta, już w górach było marne. Nieraz cofałem się i miałem wątpliwości którędy dalej powinienem iść. To samo tyczy się oznaczenia ulic. Mieszkam w Łodzi, więc jestem przyzwyczajony do tego, że na rogu każdego budynku czy też na każdym skrzyżowaniu ulic znajduje się tabliczka z informacją, po jakiej ulicy się poruszamy, a w Świeradowie? Tutaj tabliczkę damy, a tutaj nie damy. Wolna amerykanka.


Świeradów-Zdrój to miejscowość uzdrowiskowa głównie nastawiona na turystów, a raczej na ich portfele, co widać na każdym kroku. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jest tu drożej niż w Karpaczu. Co do architektury, to nie widziałem wielu budynków, gdyż szedłem jedynie szlakiem i w jego okolicach czasami błądząc, ale nic poza Domem Zdrojowym nie przykuło mojej uwagi.


Gdy wreszcie wyszedłem z miasta, znalazłem się na dróżce w środku lasu prowadzącej lekko pod górę. Ach, to górskie powietrze! Zupełnie inne niż w miastach. Po drodze natknąłem się na punkt czerpania wody. Jej smak różnił się od zwykłej wody, którą, na co dzień przychodzi mi zaspokajać pragnienie.


Tymczasem idąc dalej szlak zaprowadził mnie… w bagno… Innej drogi nie było, a nogi do połowy łydki zatopiły się w brudnej wodzie :( W momencie tego zdarzenia byłem bardzo zdenerwowany, ale później zacząłem się z tego śmiać, gdyż przynajmniej było ciekawie. Nurtowała mnie tylko jedna kwestia: czy buty mi wyschną do jutra?


Dotarłem do schroniska na Stogu Izerskim. Były dwie rzeczy, o których marzyłem: zdjąć buty i umyć nogi. O ile z tym pierwszym nie było problemu, to z tym drugim już tak, gdyż… pod prysznicem nie było wody. Nie drogi czytelniku, tam nie brakuje słowa „ciepłej”. Po prostu nie było wody… Mimo tego, że byłem jedynym turystą w pokoju (i prawdopodobnie w całym schronisku również), to jednak ta wtopa trochę mnie zraziła do tego obiektu, aczkolwiek po godzinie dwudziestej usłyszałem plusk wody spod niezakręconego prysznica i mogłem się umyć w lodowatym strumieniu.


Przed pójściem spać obserwowałem jeszcze idealnie bezchmurne niebo, a po zmroku rozświetlony Świeradów. Czas spać. W końcu kolejnego dnia czeka mnie długa wędrówka :)

Stwierdziłem, że na koniec opisu każdego dnia umieszczę moje wydatki, aby każdy mógł zobaczyć ile mnie-więcej taki wyjazd może kosztować.

Opis wydatku Cena
Przejazd (studencki) Łódź-Świeradów 41,60 zł
Skorzystanie z toalety w Sieradzu 2 zł
Skorzystanie z toalety we Wrocławiu 3 zł
Batonik 2,30 zł
Nocleg na Stogu Izerskim 35 zł
Razem 83,90 zł

Wyjazd do Czarnobyla 1-8.08 – Eta Ukraina

Wyjazd do Czarnobyla 1-8.08 – Eta Ukraina

Dzień piąty – ciąg dalszy


Sławutycz. Mieliśmy w nim spędzić ostatnie godziny. Ostatnie szalone godziny :p
Po powrocie do miasta mieliśmy trochę czasu na to, aby zrobić zakupy, wrócić do kwatery, umyć się, zjeść coś, pobiec znów do sklepu i stawić się w miejscu zbiórki. Po kilku minutach byliśmy w komplecie i załadowaliśmy się do autokaru. Jak się później okazało – do wesołego autokaru :)

Ledwo ruszyliśmy, a z głośników popłynęło dobrze wszystkim znane „Smoke on the Water”. Kierowca miał wszystko świetnie wyliczone, gdyż w momencie kończenia się utworu dojechaliśmy na miejsce. Na miejsce naszej niezapomnianej (no, może nie dla wszystkich niezapomnianej :p) imprezy.

Gdy ujrzałem zastawione stoły poczułem klimat wiejskiego wesela :) Jednak jeszcze nie wszystko było gotowe, więc zaczęliśmy zwiedzać okoliczny teren. Włączając w to huśtawkę, która chyba pamięta czasy sprzed katastrofy Czarnobylskiej.
Czas na ucztę… i nie tylko. Siergiej wyskoczył ze swoim „protokołem”, a my poczuliśmy, czym naprawdę jest ukraiński alkohol.

Największe przyjaźnie zawierane są pod płotem, gdzie można wspólnie wymiotować.

Te słowa padły z ust naszego organizatora na wstępie. Na szczęście nikt z miejscówki pod płotem korzystać nie musiał. Szkoda tylko, że taka integracyjna zabawa odbyła się jedynie na zakończenie wyjazdu, jednak gdyby odbyła się na początku, to kilku z nas pewnie następnego dnia nie byłoby zdolnych do jakiejkolwiek eksploracji :p
Niestety lokal między 22, a 23 zamykano, więc musieliśmy się zmyć.

- Jedziemy taksówką?
- Przecież dojdziemy do miasta na piechotę.
- Przez las? W środku nocy?
- Jest nas dużo, nikt nam nic nie zrobi.

Jak pomyśleli, tak zrobili. Rozmowy wędrującej poboczem grupki wskazującej na spożycie zdawały się nie mieć końca, a dla co poniektórych wieczór dopiero się zaczynał, a noc była jeszcze młoda.

Dzień szósty


Szczerze mówiąc, to nie wiem, o której doszliśmy do miasta. Tak właściwie, to czas, a tym bardziej jego upływ nie miał wtedy dla mnie większego znaczenia. Doszliśmy do centrum Sławutycza – pod pomnik Anioła. Pod tym właśnie pomnikiem kontynuowaliśmy naszą zabawę. Wiele się wydarzyło, niektórzy coś zgubili, niektórzy sami się zgubili, ale co się stało na Ukrainie, zostaje na Ukrainie :)


O której to wróciliśmy na kwaterę? Było coś koło piątej. Na szczęście śniadanie na następny dzień umówiliśmy bodajże na 12, więc wziąłem szybki, acz nie do końca sprawny prysznic i poszedłem spać na standardowe już pięć godzin.

Praktycznie każdego dnia wyjazdu spałem pięć godzin. Jakoś nie miałem czasu iść spać wcześniej, ale tyle wystarczało. Tym bardziej, że nawet, jeśli się zmęczyłem, to nie było to zmęczenie spowodowane pracą, a przyjemnością, więc ilość endorfiny wydzielanej przez organizm była wprost proporcjonalna do zużytej energii.

Pobudka, szybkie pakowanie się, które miałem zamiar zrobić dnia poprzedniego, ale średnio mi to wyszło, zdanie kluczy i pójście na śniadanie. Tematów do rozmów przy posiłku były zbyt dużo, aby wszystkie poruszyć. Zostawiamy bagaże w autokarze i mamy ostatnie minuty, aby pożegnać się ze Sławutyczem.

Kolejny przystanek – Kijów. Prawie całą drogę przespałem. Docieramy do miejsca docelowego i… jedyne, co mi się nasunęło na myśl to – miasto paradoks. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby obok wysokiego ekskluzywnego wieżowca stał sobie budynek, który czasy świetności miał już bardzo dawno za sobą. Tak, wiem, w Polsce też ten widok nie jest rzadki, ale nie na taką skalę.


Zameldowaliśmy się w hotelu, zostawiliśmy bagaże w pokojach i ruszyliśmy niecierpliwie w miasto nie wiedząc, czego możemy się spodziewać. Na początek poszliśmy do knajpki, która swoim wystrojem przypomina trochę czasy polskiego PRL-u. W karcie dań niepodzielnie rządzą pierogi! Posiłek smaczny, przytulna atmosfera, ale idziemy dalej.


Majdan. Ta okolica swoje przeszła i w sumie do dziś jeszcze nie jest do końca posprzątana. Ruszyliśmy dalej i natrafiliśmy na zbiorowisko pośrodku którego prawdopodobnie śpiewali Krishnowcy :p. Następnie natykamy się na stragany z pamiątkami wśród których królują drewniane maczugi i papier toaletowy z wizerunkiem Putina.


Dochodzimy do punktu widokowego, z którego widać znaczną (a tak przynajmniej mi się wydaje) część miasta. Schodzimy do mostu, aby podziwiać widoczki, a później chillujemy nad rzeką. O ile w środku miasta można było słyszeć całkiem duży zgiełk, tak nad wodą było raczej spokojnie.


Zahaczamy o pizzerie, a potem powoli zbieramy się z powrotem do hotelu, gdyż nasz organizator o 23 czekał na chętnych, którzy chcieliby pójść nocą w miasto. Zatrzymujemy się przy drodze nieopodal Majdanu gdzie stwierdziłem, że to idealne miejsce do kręcenia timelapsów! :) Także pół godziny zeszło jak z bicza strzelił.


Słońce zaszło i… Kijów pokazał nam swoje prawdziwe oblicze. Na ulicach pełno ludzi w regularnych grupkach. Tutaj tańczą, tam śpiewają, więc podchodzimy, aby przez chwilę się przyjrzeć. Najbardziej jednak poruszył mnie facet, który na środku jakiegoś placyku ustawił się z motocyklem, gitarą i piecykiem. Grał przepięknie. Mimo tego, że nie rozumiałem zupełnie, o czym śpiewa, to wokal i riffy powodowały, że chciałem tam zostać. Ludzie zaczynali tańczyć do słyszanych dźwięków. Choć najczęściej wychodziło to bardzo pokracznie, to był w tym pewien urok. Ukraina pokazała swój klimat. Klimat, który bardzo mi się spodobał. Kijów wręcz prosił się o to, aby tej nocy nie spać, tylko korzystać z jego atrakcji.


Recepcja naszego hotelu, godzina 23. Czekamy na przewodnika, a grupka chętnych do zabawy nieznacznie, aczkolwiek regularnie się powiększa. Wszyscy gotowi? To idziemy w miasto.

Dzień siódmy


- Pokażę Wam klub, w którym każdy dobrze się bawi.
- Jesteś pewien? Ja np. nie lubię takich miejsc.
- Tak, jestem pewien. Jak pójdziesz, to zobaczysz.

W sumie nie miałem nic do stracenia, poza paroma godzinami snu. Aczkolwiek, po co miałbym tracić czas na sen, skoro jestem na wyjedzie, który niedługo miał się skończyć? Jak mi się nie spodoba, to najwyżej wyjdę.

You might lose your tie
You might get wet

Doszliśmy na miejsce. Przed wejściem wisi regulamin, który kilkoma swoimi początkowymi punktami mnie zaskoczył. Coś w głębi mnie mówiło „to nie jest dobry pomysł”. Inna część krzyczała „a może jednak będziesz się dobrze bawić?”. Weszliśmy i… tak właśnie powinno być w klubie! Czemu? Zwykle w takich miejscach głośniki grają coś, co określam mianem alarmu samochodowego, gdyż odtwarzane rytmy zbytnio od niego nie odbiegają. A tutaj? No cóż, nieczęsto człowiek ma okazję bawić się w klubie w rytm utworów AC/DC, Joan Jett, Rammsteina czy Nirvany! Co prawda klasyki nie leciały przez cały czas i co kilka utworów wkradał się jakiś bubel, jednak nie zmienia to faktu, że nareszcie mogłem się w takim miejscu bawić! Co więcej ten klub, jak i całe miasto to całkiem dobre miejsce na wieczór kawalerski i nie tylko, bo widziałem w tłumie kobietę w welonie.

Po jakimś czasie większość naszego towarzystwa się zmyła i została nas bodajże czwórka. Co kilkanaście minut wychodziliśmy zaczerpnąć świeżego powietrza i odpocząć. W końcu podczas jednej takiej przerwy zagadał do dwójki z nas Igor – współuczestnik naszej wyprawy i powiedział, że wsiadamy do taksówki. Wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł, ale jakoś nie bardzo chciałem być asertywny. Uwierzcie mi, jazda nocą po Kijowie z taksówkarzem, który nie zatrzymuje się na czerwonych światłach, to intrygujące, ale nie jakieś wymarzone przeżycie. Tym bardziej, gdy patrzy się na to trzeźwym okiem z perspektywy czasu. W końcu po krążeniu po mieście dojechaliśmy pod hotel. Wysiedliśmy z taksówki, a Igor oznajmił, że idzie w miasto balować :) Która była godzina? Nie wiem, ale słońce zaczynało dawać o sobie znać.


Po dwóch godzinach wstałem, aby się spakować, zdążyć zdać bagaż do autokaru i zjeść śniadanie. Normalnie byłbym wykończony, jednak kolejnego dnia wyjazdu czułem się rześko. Skoro zostało kilka godzin do odjazdu, to nie pozostało nam nic innego niż zwiedzanie. Zmierzając w kierunku pomnika Matki Ojczyzny zahaczyliśmy o Cerkwię (przy której był zakaz łapania pokemonów) i plac z pojazdami wojennymi. Czas wracać na miejsce zbiórki zbaczając po drodze na obiadek.


Idę w kierunku autokaru, przy którym zebrała się nasza ekipa. Wśród nich jest także Igor – nasz człowiek na Ukrainie, który zdążył wstać po intensywnym nocnym balangowaniu. Bez niego już żadna impreza nie będzie miała takiego rozmachu! :D

Znowuż tematów do rozmów była niezliczona ilość. Niektórzy noc przespali inni zaznali spoczynku dopiero nad ranem, a jeszcze inni spali poza łóżkami. Jednakże co się wydarzyło w Kijowie zostało w Kijowie :)

Wsiadamy do autokaru i odjeżdżamy w kierunku Polski. Tej nocy Kijów nas pochłonął i to bez reszty. Byłem zmęczony, ale zadowolony. Cała grupa była pogrążona w niezliczonych konwersacjach, zupełnie inaczej niż w drodze na Ukrainę, gdy jeszcze nic o sobie nie wiedzieliśmy i nie zdążyliśmy się zintegrować. No i Igor oczywiście musiał rozkręcić towarzystwo w drodze powrotnej i wymyślił grę w telefon… :p

Dzień ósmy


Przejazd przez granicę minął szybko i sprawnie, a w Warszawie byliśmy nawet przed czasem. Na koniec pożegnaliśmy się wszyscy, podziękowaliśmy sobie za miłe towarzystwo i rozeszliśmy się. Tak, to był już koniec naszej wyprawy. Pozostało mi tylko dojechać do Łodzi. Wsiedliśmy w pociąg w czwórkę i z przesiadką w Koluszkach dojechaliśmy do celu. Wysiadłem na stacji i w oczekiwaniu na autobus zajadałem się pysznymi ukraińskimi ciasteczko-herbatnikami, których wcale wiele po wyprawie nie zostało.


Wróciłem… i ległem na łóżku. No cóż, gdy już wszystkie emocje opadły, to zmęczenie musiało się do mnie w końcu dorwać. Zdążyłem już przywyknąć do stylu życia na Ukrainie. Tamtejszy klimat bardzo mi się podoba i z chęcią zostałbym tam na dłużej. To był z lekka szalony wyjazd i będzie on niezapomnianym przeżyciem. Jeszcze tam wrócę! ;)
Wyjazd do Czarnobyla 1-8.08 – Pożegnanie ze strefą wykluczenia

Wyjazd do Czarnobyla 1-8.08 – Pożegnanie ze strefą wykluczenia

Dzień piąty


To już niestety ostatni dzień naszego pobytu w Czarnobylskiej strefie wykluczenia. Ostatni dzień niesamowitej przygody, która mogłaby trwać i trwać… Jednak jak zawsze nie było czasu na nic, a tym bardziej na przygnębienie, gdyż trzeba było wyciągnąć z tego dnia tyle, ile tylko się da!


Zaczęliśmy jak zawsze od podziwiania z daleka słynnego widoku, ale niedługo mieliśmy znaleźć się o wiele bliżej historycznego już budynku. Po drodze jednak wysiedliśmy przy miejscu, z którego widać czerwony las. Każdy, kto posiadał dozymetr włączył go, aby usłyszeć charakterystyczne dźwięki. Wyniki mimo odległości od lasu były intrygujące. 30 mikrosiwertów było normą, a niektórzy złapali nawet ponad 80.


Nadszedł czas na główne danie dnia. Czarnobylska Elektrownia Jądrowa ciągle jest miejscem pracy wielu ludzi. Najpierw w planie mieliśmy spotkanie z panią, która opowiadała nam o obiekcie przedstawiając makietę bloku reaktora nr 4. Po wykładzie i odpowiedziach na kilka nurtujących nas pytań przeszliśmy do miejsca, które znajduje się najbliżej reaktora nr 4 i jest zarazem dostępne dla zwykłych śmiertelników, takich jak my, którzy nie pracują w elektrowni. Następnie poszliśmy wzdłuż Sarkofagu, aby porobić parę zdjęć z jego drugiej strony.


Nadszedł czas na zwiedzanie elektrowni od środka! Aby nas wpuszczono musieliśmy założyć ekskluzywne wykrochmalone wdzianka :) Przez słynny „złoty korytarz” doszliśmy do sterowni reaktora, która choć trąci trochę starością, to i tak robi wrażenie. Następnie wpuścili nas do (jeśli dobrze pamiętam) przepompowni wody zbiornika chłodzącego reaktor – ogromnego pomieszczenia mieszczącego równie ogromny sprzęt. Niestety więcej już nam nie chcieli pokazać, a szkoda, bo z chęcią pozwiedzałbym jeszcze trochę elektrownię. Z drugiej strony cieszę się, bo tamtejsi ludzie podobno nie kwapią się do pokazywania turystom takich miejsc.


Czas na kolejną atrakcję – nieukończony blok reaktorów nr 5 i 6. Ten teren jest pod kontrolą złomiarzy. Nasz organizator zniknął na kilka minut, a gdy wrócił, to mogliśmy wybrać się do słusznej wielkości konstrukcji. Wrażenia? To jest ogromne! Świetna zabawa, ale pod warunkiem, że ma się źródło światła i patrzy pod nogi, gdyż wszelkiej maści dziury są nie tylko w ścianach, ale także, o ile tak to można nazwać, w podłodze. Niestety zacząłem zwiedzanie od mniej ciekawej strony i do największego z pomieszczeń, które prawdopodobnie miało być komorą reaktora, nie zdążyłem wejść. Może innym razem :)


Ostatnim eksplorowanym przez nas tego dnia miejscem była stacja kolejowa Janów, a tam czekały na nas „chore” pociągi. Kto był, ten wie o co chodzi :) Obok było kilkanaście różnej maści budowlanych pojazdów, a także… łóżko… w środku lasu…


Przyszło nam wrócić do busa i ostatni raz spojrzeć na elektrownię z takiej odległości. Ostatni raz tego wyjazdu, bo kto wie, może wielu z nas wróci w to miejsce, aby znów zaznać napromieniowanej przygody! :)



Powrót do Sławutycza wcześniejszym pociągiem niż zwykle. Euforia, radość, szczęście, smutek, nostalgia, tęsknota. Z jednej strony tak bardzo się cieszyłem, że wreszcie spełniłem jedno z moich największych podróżniczych marzeń, a z drugiej smutek, że muszę opuścić to miejsce. Miejsce, które tak bardzo mnie do siebie przyciąga. Kiedyś tam wrócę! Może nawet szybciej niż kiedyś ;)
Wyjazd do Czarnobyla 1-8.08 – Opuszczone miasto umarłych nadziei

Wyjazd do Czarnobyla 1-8.08 – Opuszczone miasto umarłych nadziei

Dzień czwarty


Prypeć – legendarne już miasto, które po tylu latach braku działalności człowieka stało się betonowo-leśną dżunglą. O tym, jak klimatyczne jest to miejsce mieliśmy się przekonać właśnie czwartego dnia wyjazdu.


Zaczęliśmy całkiem niewinnie, bo od znaku z nazwą miejscowości i jej rokiem założenia. Jeszcze szybki rzut oka na czerwony las znajdujący się po drugiej stronie drogi i ruszamy w dalszą drogę.


Przed głównym daniem czas na przystawkę – dźwigi portowe. Jest drabinka – wchodzimy! Na górze oprócz szklarni w pomieszczeniu dla operatora maszyny podziwialiśmy także całkiem ładne widoki na elektrownię i Prypeć. No właśnie, czas odwiedzić to słynne miasto.


Bus na początek podwiózł nas pod zakłady Jupiter. Jest to całkiem szeroki budynek z omszałymi ścianami w niektórych pomieszczeniach. Widok z niego pozwala dostrzec kilka najważniejszych obiektów w okolicy. Podobno najciekawsza w tych zakładach jest piwnica, jednakże jest ona zalana skażoną wodą, a my nie mieliśmy odpowiedniego sprzętu, aby tam w miarę bezpiecznie zejść. Być może innym razem :)


Kolejną atrakcją na naszej drodze było coś, na co ostrzyłem sobie ząbki – szpital. Oprócz standardowej łuszczącej się farby i odpadającego tynku znaleźliśmy tu ampułki z lekami! Niby nic, a jaki smaczek. Miejsce ma w sobie budzący lekki strach klimat – i dobrze, bo później miałem chęć odwiedzić miejsce, które jeszcze bardziej miałoby mnie nastraszyć.


Miejscem tym są piwnice szpitala, które są znane z tego, że znajdują się tam napromieniowane ubrania likwidatorów. Ubrani jak Janusze Czarnobyla w silnej czteroosobowej grupie wybraliśmy się na spotkanie z promieniotwórczym nieznanym. To, co odkryliśmy lekko podniosło nam ciśnienie. Rzeczywiście z miejscu, gdzie walały się jakieś ciuchy w stanie rozkładu, dało się zauważyć podwyższone promieniowanie, jednakże w reszcie podziemi było już spokojnie.
Po wyjściu z piwnicy postanowiliśmy pójść na kawę. Ja, mimo tego, że nie piję tego napoju, to chętnie skierowałem swe kroki do Cafe Prypeć. Na szczęście witraż lokalu cały czas trzyma się w dobrej formie. To jeden z niewielu przykładów niewybitych szyb w Strefie.


Skoro kawa skończyła się w tym budynku ponad trzydzieści lat temu, to nie pozostało nam nic innego, jak udać się nad wodę, aby z daleka obejrzeć debarkader – budynek nad wodą, a właściwie, to już w pewnym stopniu w wodzie. Całkiem ładnie się prezentuje, jednak nie mieliśmy tyle czasu, aby obejrzeć go z bliska.


Następną atrakcją, do jakiej weszliśmy była Fujiyama bis. Szesnastopiętrowy budynek grzecznie zaprosił nas na dach, a z niego było widać dosłownie wszystko. Nawet diabelski młyn nie potrafił się schować przed wieżowcem. Nie mówiąc już o tym, że Oko Moskwy także jest z niego dostrzegalne.


Po zrobieniu mnóstwa zdjęć zeszliśmy na dół i zmieniliśmy obiekt zainteresowań na przedszkole, które, jak na opuszczone przedszkole przystało, powitało nas smutnym widokiem pustych leżanek i popsutych zabawek.
Czas na kolejny promieniotwórczy byt – Chwytak. Tutaj miłośnicy promieniowania przykładali dozymetry gdzie tylko mogli. Najwyższy wynik, jaki usłyszałem od współuczestników wyprawy oscylował w okolicy 280 mikrosiwertów.
Następne opuszczone miejsce na naszej mapie, to prawdopodobnie budynek straży pożarnej, jednak oprócz wieży obserwacyjnej i znalezisk w postaci małego sejfu i starych, zardzewiałych łyżew nie było tam nic ciekawego, więc szybko przenieśliśmy się dalej.


Dalej, do posterunku policji, na którego dachu znajdują się… kabiny starych ciężarówek! Po co ktoś miałby je tam umieszczać? Nie mam pojęcia i chyba się nie dowiem, jednak nie zastanawiałem się nad tym dłużej, gdyż zmierzaliśmy w kierunku…


W kierunku basenu. Muszę przyznać, że na zdjęciach to miejsce wydaje się o wiele mniejsze. Jego ogromnej przestrzeni nie można w jakikolwiek sposób uwiecznić. Tam trzeba po prostu się znaleźć i patrzeć z rozdziawionym otworem gębowym. Uroku dodaje sala gimnastyczna ze zniszczoną podłogą, przez którą można przejść do pomieszczenia z basenem.


Do kolejnej atrakcji szliśmy przez stadion. Konstrukcja, jak wszystkie w Prypeci ma już swoje lata, ale stoi i nawet dobrze się trzyma. Po chwili doszliśmy do miejsca wręcz legendarnego – diabelskiego młyna. Jest na tyle wysoki, że kilka ostatnich krzesełek znajduje się powyżej koron drzew. Obok niego znajduje się karuzela, którą nawet można trochę rozruszać, oraz samochodziki, przy których nie mogłem sobie odmówić, aby zasiąść za kierownicą :)


Przed nami dom kultury Energetyk i… bateria mi padła… :( No cóż, zdarza się. Pozostało mi robienie wątpliwej jakości zdjęć telefonem. Scena teatralna w tym budynku jest ogromna, a przejście kulisami i korytarzem do obsługi reflektorów, to niezapomniane przeżycie. Nie zapominajmy też o całkiem ładnych naściennych malunkach, które w pewnym stopniu przetrwały próbę czasu.


Jak zakończyć tak piękny dzień? Oczywiście w hotelu Polesie! Widok z tarasu widokowego pozwala na podziwianie nie tylko okolicznych budynków, ale także bloku reaktora nr 4 i sarkofagu. Przy okazji można także uwiecznić piękny zachód słońca!



Wracamy do busa i wyjeżdżamy z tego niesamowitego miasta. Przejeżdżając obok elektrowni zrobiło mi się trochę smutno, bo uświadomiłem sobie, że jutrzejszego dnia będę musiał pożegnać się ze Strefą, a zarazem z mnóstwem miejsc, które swoim pięknem przykuły moją uwagę. Nie wspominając o miejscach, których jeszcze nie odwiedziłem! 3 dni to zdecydowanie za mało na samą Prypeć, a co dopiero na całą Strefę.
Wyjazd do Czarnobyla 1-8.08 – Pierwszy dzień w strefie wykluczenia

Wyjazd do Czarnobyla 1-8.08 – Pierwszy dzień w strefie wykluczenia

Dzień trzeci


Budzik. Jak ja nienawidzę tego dźwięku. Jednak tym razem wstałem szybko z łóżka mimo iż była dopiero 5:30 (4:30 czasu polskiego). Podekscytowanie i tak nie pozwalało dłużej spać. Szybkie ogarnięcie się, zwolnienie łazienki i spakowanie. W przeznaczonym dla nas domku byliśmy w pięć osób, więc razem poszliśmy na śniadanie. Potem mieliśmy trochę czasu do pociągu. Pociągu, który wiózł nas i pracowników elektrowni bezpośrednio ze Sławutycza na teren Strefy.
Przystanek końcowy. Wysiadka i czekanie na naszego przewodnika. Choć określenie przewodnik jest nie do końca poprawne, gdyż jak się później okazało z żadnym przewodnikiem nie mielibyśmy takiej swobody. Poznajemy też Siergieja, z którym również będziemy podróżować.
Po kontroli paszportowej, która miała miejsce każdego dnia przy wejściu na teren Strefy, stajemy w holu. Dowiadujemy się o przepisach w Strefie, których należy przestrzegać, oraz o kontrolach dozymetrycznych polegających na tym, że wchodzi się do maszyny przypominającej metalową klatkę i przykłada ręce do czujników.
Wychodzimy na zewnątrz. Przed nami autokar, którym będzie nam dane podróżować. Jedziemy i już po kilku minutach podekscytowani robimy zdjęcia bloku reaktora nr 4 i Sarkofagu, oraz nieukończonych chłodni kominowych.


Trafiamy na fermę norek karmionych rybami ze zbiornika wody chłodzącej reaktor, a niedaleko widzimy zbiornik wodny, na którego powierzchni unosiło się coś, co przypominało rdzę.


Następny przystanek – nieukończone chłodnie kominowe. Wyższa z nich to całkiem słusznej wysokości konstrukcja. Oczywiście nie mogłem sobie odmówić wejścia po drabince na wyższy poziom budowli. Niższa chłodnia nie robiła już takiego wrażenia. Po drodze do autokaru znaleźliśmy niepozorne miejsce o podwyższonym promieniowaniu, jednakże takich miejsc jest w Strefie wiele i zwykle wystarczy odsunąć dozymetr dosłownie o pół centymetra, aby wskazania były o wiele mniejsze.


Jedziemy dalej w głąb Strefy. Zatrzymujemy się na kontrolę dozymetryczną. Po chwili słyszymy:
- Nie ma prądu, więc nie przejdziemy kontroli dozymetrycznej.
W tym momencie już myślałem, że nie wjedziemy, lecz od razu usłyszałem:
- Możemy jechać.
Szczęka mi opadła. Do dziś nie wiem, czy to dzięki działaniom naszego przewodnika, czy tak po prostu robi się na Ukrainie. W każdym razie pojechaliśmy dalej do opuszczonego przedszkola, które było pierwszym zniszczonym obiektem, który dziś zwiedziliśmy. Klimat budowały nie tylko małe łóżeczka, ale także popsute zabawki porozrzucane po całym obiekcie.


Na następnym przystanku poznaliśmy ośrodek wypoczynkowy Izumrudnoje, a właściwie to, co z niego zostało. Pośród lasu stoi mnóstwo domków letniskowych upstrzonych w kolorowe graffiti przedstawiające postacie ze starych bajek.


Następna zwiedzaną atrakcją były sprzęty używane do usuwania skutków awarii. Wyglądały jak nowe, a to przez to, że pomalowano je na trzydziestą rocznicę katastrofy. Właśnie w taki sposób zniszczono klimat tego miejsca :(


Czy w samym Czarnobylu jest dużo zwiedzania? Według mnie nie. Oprócz ścieżki z tabliczkami wysiedlonych miejscowości, pomnika Lenina, starej cerkwi, opuszczonego składowiska barek i pomnika poległych strażaków za dużo atrakcji tu nie uświadczysz, jednak nie myśl drogi czytelniku, że wymienione przeze mnie atrakcje są nudne. Po prostu na ich zwiedzanie wystarczą spokojnie dwie godziny.


Byłbym zapomniał! Nasz przewodnik pokazał nam dwoje ludzi określanych mianem „samosiołów”. Są to osoby, które mieszkają w Strefie po dziś dzień pomimo katastrofy. Po prostu w tym miejscu się urodzili i w tym miejscu chcą żyć. Dawno nie widziałem tak życzliwej osoby jak przedstawiony nam starszy pan, który mieszka w drewnianej, starej chatce i z chęcią opowiada swoje przeżycia sprzed kilkudziesięciu lat.
Czas na obiad. Wracamy w kierunku granicy Strefy i zatrzymujemy się przy stołówce. Jeśli lubicie bary mleczne serwujące domowe posiłki, to poczujecie się jak w domu.
Weźcie chleb dla ryb.
Jakich ryb? Będziemy karmić ryby? W Strefie? Tak. Ryby w rzece płynącej niedaleko elektrowni są całkiem sporych rozmiarów. Czy to skutek napromieniowania? Według naszego przewodnika jest to spowodowane tym, że ludzie tych ryb nie odławiają, więc mają one świetne warunki do życia.


Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w miejscu, gdzie znaleźliśmy masę starych, pordzewiałych pojazdów. Oczywiście amatorzy promieniowania znowu znaleźli „ciepły” punkt w okolicy.


Jednak to wszystko coraz szybciej przestawało mieć znaczenie, bo przed nami była główna atrakcja dzisiejszego dnia. Droga do niej solidnie testowała zawieszenie naszego busa. Gdy zobaczyliśmy wyłaniający się spomiędzy drzew obiekt, to moje serce gwałtownie przyśpieszyło swoje ruchy. Tak! Przed nami Oko Moskwy! Radar pozahoryzontalny już z daleka wydawał się ogromny!


Wysiadamy. Parę słów od organizatora i w drogę! Z każdym krokiem byłem coraz bliżej majestatycznej konstrukcji. Pomimo lęku wysokości wszystko we mnie wołało „Wejdź!”.


Kamerka na głowie, rękawiczki na dłoniach. Na moim zegarku godzina 16:17. Czas wspiąć się na sam szczyt! Wchodząc na górę drabiny wydawały się nie mieć końca. Po pewnym czasie ręce zaczynały słabnąć. Nic dziwnego, konstrukcja ma 150 metrów wysokości. Naliczyłem 22 piętra, z czego na dwudziestym kończą się elementy radaru i kolejne dwa piętra w górę to już sama konstrukcja nośna. O ile do wspomnianego 20 piętra strachu nie odczuwałem, to, gdy elementów wokół mnie zrobiło się znacznie mniej, strach zaczął się objawiać.
Wszedłem na 20 piętro, przede mną jeszcze dwa. Nie mogę się poddać w tej chwili!
Nie mogłem. Jednym z moich najważniejszych założeń dotyczących wyprawy było wejście na szczyt Oka Moskwy i nie przeszkodzi mi w tym jakiś lęk wysokości!
O godzinie 16:36 wszedłem na szczyt! Byłem potwornie zmęczony, ale czułem się jak król, który właśnie podbił kolejny kraj! Czas na odpoczynek. Cisza, spokój i widok na Strefę. Gdy człowiek wejdzie sam na taką wysokość, to odczuwa przedziwną równowagę. Wszystko inne nie ma znaczenia. Liczy się tylko tu i teraz.


Z chęcią bym tam został do wieczora i podziwiał gwiazdy na niebie, ale niestety tak stać się nie mogło, więc aby nie tracić czasu, który mógłbym wykorzystać na zwiedzanie okolicznych budynków postanowiłem zejść z tej majestatycznej konstrukcji.


Była godzina 17:00 kiedy moje kończyny kolejny raz zostały zaprzęgnięte do poruszania się po drabinach. Co prawda schodziło się łatwiej niż wchodziło, ale w okolicach trzynastego piętra musiałem zacząć robić sobie postoje, gdyż mięśnie już płakały ze zmęczenia. Na piątym piętrze ostatni raz spojrzałem na blok reaktora nr 4 i sarkofag, gdyż na niższych piętrach drzewa zasłaniają ten piękny widok.
O godzinie 17:14 moje stopy znów dotknęły ziemi po czym stwierdziłem „Jutro nie robię nic rękami”. Oczywiście kolejnego dnia byłem daleki od tego założenia :D
Przed odjazdem z tego niesamowitego miejsca została eksploracja sterowni radaru. Stojący nieopodal budynek jest całkiem długi, a znajdujące się w nim porozrzucane układy scalone, a także sam pokój do sterowania robią wrażenie.
Powrót do granicy Strefy umilił nam widok zachodzącego słońca nad sarkofagiem. Po wejściu do pociągu odjeżdżającego do Sławutycza można było poczuć klimat zgoła inny od tego, który był tu rano. Ludzie głośno rozmawiali, grali w karty, śmiali się. Widać było, że to miejsce, praca i elektrownia są dla nich całym światem. Co najważniejsze widać było, że są zadowoleni z takiego życia.



Po powrocie do kwatery szybko umyłem się i poszedłem spać. W końcu jutrzejszego dnia miały na nas czekać kolejne niesamowite atrakcje!
Wyjazd do Czarnobyla 1-8.08 – Podróż do miejsca docelowego

Wyjazd do Czarnobyla 1-8.08 – Podróż do miejsca docelowego

Czarnobyl – miasto nie tylko z przeszłością, ale także po przejściach. Miasto, które jest znane na całym świecie. Miasto, które jest wymarłe. Kiedy pierwszy raz przeczytałem o nim coś więcej, niż tylko dwa zdania traktujące o katastrofie, stwierdziłem, że kiedyś tam pojadę. Od przeczytania artykułu i obejrzeniu zdjęć miejsca, w którym roślinność walczy z działalnością człowieka minęło około dziesięciu lat. Marzenie zostało wrzucone do wielkiego kufra z napisem „do zrobienia, ale nie wiem kiedy”. Tak w nim leżało czasami nieśmiało wyglądając na światło dzienne i pytając, „kiedy w końcu się za to zabierzesz?” Odpowiedź zwykle była taka sama: „kiedyś”.


Pod koniec ubiegłego roku, w grudniu stwierdziłem, że nie ma sensu dłużej czekać. Trzeba spełniać marzenia, póki jeszcze nie mam żadnych zobowiązań. Tym bardziej, że po nasunięciu Sarkofagu nie będzie już można zobaczyć na własne oczy czwartego bloku reaktora. Decyzja została podjęta. Jadę!

Dzień pierwszy


Stare glany są, kamerka jest, czołówka spakowana – mogę jechać. A, jeszcze paszport! Organizator wyprawy zastrzegł, że bez niego możemy sobie co najwyżej zawrócić spod granicy. Na własny koszt oczywiście.
Z torbą, plecakiem i bagażem podekscytowania zjawiłem się pod dworcem Łódź – Kaliska. Stąd już tylko podróż do Warszawy, metro do centrum, jakiś posiłek i czekanie na autokar.


Miejsce zbiórki – Muzeum Techniki. Co widzę? Setki ludzi wgapionych w telefony. Jak widać Pokemon Go ma się dobrze w stolicy :) Podjechał nasz środek transportu. Tego, co przeżyłem w kolejnych dniach nie spodziewałem się w najśmielszych snach. Powoli zaczynało się coś, co szczerze mogę nazwać wyprawą życia.

Dzień drugi


Byliśmy w podróży już kilka godzin. Odprawa paszportowa na granicy odbyła się całkiem sprawnie. Znalazłem się gdzieś, gdzie moja stopa jeszcze nie stanęła – na Ukrainie. Różnicę było widać niemal od razu. Drogi bardziej dziurawe, a na nich stare, a zarazem piękne Łady powoli budowały klimat tego kraju. Państwo określiłem mianem paradoksu. Czemu? Jeśli na danej ulicy masz budynek, który swoim wyglądem przypomina blok z czasów polskiego PRL-u, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby stał on obok nowoczesnego wieżowca. W Polsce czasami ten widok też jest znajomy, ale nie na taką skalę.


Podjechaliśmy pod Muzeum Korupcji – dawną posiadłość Janukowycza. Trzeba przyznać, że teren całego kompleksu jest ogromny. Słusznej wielkości domek, pole golfowe, lasek ze ścieżkami z kostki brukowej i nieprzeciętnej powierzchni jezioro – to wszystko zrobiło na nas wrażenie.


Czas naglił, aby wyruszyć w dalszą drogę – do Sławutycza. Dojechaliśmy i… zobaczyliśmy miasto, w którym czas zatrzymał się dawno temu. Jeśli lubicie miejsca, które wyglądają jak polskie miasta sprzed trzydziestu lat, to w Sławutyczu poczujecie się jak w domu.

Na Ukrainie czas płynie inaczej. Przekonaliśmy się o tym, gdy na posiłek w restauracji czekaliśmy około godziny. Gdybym był w Polsce, to chyba bym zrezygnował i sobie poszedł, ale tutaj? Jestem na urlopie i dzisiejszego dnia już mi się nigdzie nie śpieszy, a to był dopiero początek poznawania tego, co na Ukrainie jest inne.
Copyright © 2014 Bez Nazwy , Blogger